Z
obojętnym wyrazem twarzy Jacek dłubał widelcem w talerzu z jajecznicą. Obok
niego, na stole przykrytym wyblakłą ceratą, stał lekko obity na rancie kubek
gorącej herbaty. „Nic się nie zmienia” – pomyślał mężczyzna. „Nadal próżno
szukać kawałka kiełbasy w »jajecznicy z kiełbasą«”. To było specyficzne
rozczarowanie. Od ponad dziesięciu lat podczas letnich pobytów jadał tu
śniadania i zawsze brał jajecznicę. Zawsze wersję z kiełbasą. Za każdym razem
pośród ściętych jajek znajdował tylko kilka kawałków czegoś, co wyglądało jak
mięso. Nigdy jednak nie wspomniał obsłudze o swoim rozczarowaniu daniem. To był
swego rodzaju rytuał, który trwał już prawie jedną trzecią jego życia.
Takich
rytuałów Jacka było więcej. Wszystkie narodziły się w podobnym okresie jego życia,
nawet ten coroczny weekend w Bieszczadach. Najbliższa rodzina przyzwyczaiła się
do większości z nich. Dla wszystkich było oczywiste, że z początkiem lata Jacek
zostawi w domu żonę i dwoje dzieci, spakuje niewielki plecak i wsiądzie w
piątkowy, wieczorny pociąg pospieszny z Warszawy do Zagórza. Stamtąd wyruszy
busem w okolice Cisnej lub Wetliny, skąd będzie samotnie przemierzał okoliczne
szlaki. Pierwszy raz w tych rejonach był ponad piętnaście lat temu, kiedy
spędzał wakacje z Piotrkiem i Emilem, jeszcze w czasach licealnych.
Miał wtedy
osiemnaście lat i był najmłodszy z całej trójki. Razem z Piotrkiem chodzili do
liceum. Właśnie dostali promocję do klasy maturalnej. Emil był o rok starszy i
rozpoczynał studia. Jacek, za sprawą Piotrka, spotkał go wcześniej zaledwie
kilka razy. Dwa tygodnie spędzone pod namiotami, wspólne wędrówki po górach,
wieczory przy ognisku pozwoliły mu poznać Emila, jego zachowanie,
zainteresowania, gust, a przede wszystkim spojrzenie na świat.
Zarówno Emil,
jak i Jacek mieli silne charaktery, przez co niejeden temat dyskusji kończył
się żywiołową wymianą opinii. Każdy chciał przekonać oponenta do swoich racji.
W takich momentach języczkiem u wagi była zwykle opinia Piotrka, która stawała
się moralnym dowodem zwycięstwa jednego z adwersarzy. Piotrek natomiast
próbował w ten sposób łagodzić ton dyskusji swoich kolegów. Gdy temperatura
zbytnio wzrastała, celną, dowcipną szpilą zbijał z piedestału chwilowego
zwycięzcę, wprowadzając znów status quo między przyjaciółmi.
Gdy wrócili do Warszawy,
zarówno Jacek, jak i Emil wiedzieli, że ich znajomość ma bardzo duże szanse
przerodzić się w koleżeństwo albo nawet w coś większego – w przyjaźń.
W ciągu
kolejnego roku ich relacje stały się bardziej zażyłe. W codziennym życiu
zawiązywała się coraz mocniejsza nić zrozumienia i empatii. Aż w końcu Jacka,
Piotrka i Emila połączyła prawdziwa przyjaźń. Nie byli to może książkowi trzej
muszkieterowie, bo i stojące przed nimi wyzwania nie były z kanonu „płaszcza i
szpady”, ale tworzyli naprawdę zgraną paczkę.
Taka sytuacja trwała przez rok.
Późniejsze wydarzenia sprawiły, że ten trójkąt nabrał pewnych asymetrii. Linie
życia Jacka i Emila splotły się ściśle na kanwie trzyletnich wydarzeń, które
miały początek w lipcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku.
Wtedy to poznali dwie licealistki, Ilonę i Sandrę, które wywróciły ich światy
do góry nogami.
Potem przyszedł w życiu Jacka czas kryzysów. Jednego po drugim.
Z jego życia zniknął Emil, potem stracił Ilonę. Został na kolejne dwa lata sam.
To wtedy narodził się rytuał wyjazdów w Bieszczady. Jacek wracał w to miejsce
związane ze wspomnieniami zarówno z Emilem, jak i ukochaną, żeby poczuć ducha
przeszłości. Tutaj koił ból po utraconej przyjaźni, za którą tęsknił mimo
upływu lat. W tym miejscu na początku swoich wypraw łapał okruchy wspomnień o
wspaniałej blondynce, która zdobyła jego serce.
Wiedział, że nie ma szansy na
odtworzenie więzi z żadnym z tej dwójki. Czas jednak płynął. O ile pustki po
Emilu nikt nie zapełnił, o tyle miejsce Ilony zajęła nowa kobieta, którą Jacek
mocno pokochał. Miała na imię Natalia i udało jej się obudzić uczucia, o
których zdążył zapomnieć i których – jak sądził – nie miał prawa doświadczyć po
rozstaniu z Iloną.
Poznali się banalnie, jak wiele współczesnych par. Jednak ich
związek nie był banalny, w pewnym sensie był idealny. Natalia jawiła się w
oczach Jacka jako wspaniała, ufna, kochająca kobieta, troskliwa i wyrozumiała
dla męskich potrzeb i zachowań. „Spotkaliśmy się w pół drogi” – mówiła i nie
miała na myśli rzeczywistych wydarzeń. Akceptowała różnice między mentalnością
płci, nie stawiając żadnej ponad drugą. W pewnym sensie zgadzała się z teorią,
że kobiety i mężczyźni są tak różni, że one muszą być z Wenus, a oni z Marsa, i
spotykają się w połowie drogi, na Ziemi.
Jacek odwzajemniał się jej szczerym i
głębokim uczuciem. Czuła się jedyną królową jego serca. Na co dzień szarmancki,
czuły i opiekuńczy, dawał jej to, czego najbardziej oczekiwała od mężczyzny
swoich marzeń: miłości, opieki i bezpieczeństwa.
Była najstarszą z trójki
rodzeństwa i to jej po śmierci taty przypadła rola opiekunki nad młodszymi
braćmi. To doświadczenie nauczyło ją być twardą wobec otaczającego świata.
Próbowała dorównać pod tym względem mamie, która po śmierci męża ani razu nie
okazała przed dziećmi słabości. Dla Natalii nie było to jednak proste. Nie była
na tyle silna, żeby iść przez życie, stawiając czoła jego przeciwnościom,
zupełnie sama.
Potrzebowała partnera, którym nie będzie musiała się opiekować.
Wystarczyło jej niańczenie braci, gdy była nastolatką. W dorosłym życiu czekała
na mężczyznę, który będzie szedł z nią ramię w ramię, ale w pewnych momentach
ochroni ją przed światem. Przytuli, obetrze łzy, da wytchnienie, gdy ona nie
będzie w stanie zmagać się z problemami codzienności. I taki był Jacek.
Największym wyzwaniem dla Natalii, szczególnie na początku, było zaakceptowanie
Jackowych rytuałów. Kobieca intuicja podpowiadała jej, że są jak góra lodowa.
To, co było widoczne, stanowiło tylko niewielki procent tego, co skrywały
odmęty oceanu, jakim była dusza Jacka. Dziesięć lat wspólnego życia nie
wystarczyło Natalii, żeby poznać wszystkie zakamarki duszy swojego mężczyzny.
Uczuciowo Jacek był bardzo skrytą osobą. Również przed żoną. Niechętnie mówił o
przeszłości. Kiedy rodził się ich związek, nie wierzył, że możliwe jest
spotkanie kobiety, która wypełni wyrwę w sercu, jaką zostawiła po sobie Ilona.
Nie chciał mówić o tej bolesnej dla niego przeszłości. Natalia nie naciskała,
widząc, że opowiadanie o przeszłości przychodzi mu z trudem i przywołuje smutne
wspomnienia. Z biegiem czasu ich związek dojrzewał i serce Jacka coraz bardziej
wypełniała nowa miłość. Nie sprawiło to, że łatwiej było mu się otworzyć i
opowiedzieć o historii związku z Iloną. Obawiał się, że Natalia będzie o tę
przeszłość bardzo zazdrosna. Nie chciał, żeby jego żona wiedziała, że nie jest
pierwszą, którą tak mocno pokochał, bo to mogłoby umniejszyć wyjątkowość ich
uczucia w jej oczach. Zwłaszcza że dla niej był tym pierwszym i jedynym. Może
Jacek mylił się w tych przeczuciach co do Natalii, ale póki co nie chciał i nie
musiał tego weryfikować.
Mijające lata i wzrastająca temperatura uczuć związku
odsunęła w cień ciekawość dotyczącą przeszłości Jacka. On sam nie dawał Natalii
żadnych powodów, które mogłyby podważyć szczerość uczuć. Dopiero w takich
momentach jak ten – kiedy wyjeżdżał sam – jakiś nieokreślony, intuicyjny szept
budził w Natalii strach, że w którymś z niesprawdzonych zakamarków duszy czai
się hydra, która może zagrozić ich szczęściu.
W takich momentach, gdy nieznana
przeszłość wpływała na ich teraźniejszość, żonie wcale nie podobało się, że mąż
jeździł w góry sam. Jednak w tej sprawie Jacek był nieugięty. Natalia nie mogła
zrozumieć, dlaczego nie mogą jeździć razem. Ona też bardzo lubiła chodzić
górskimi szlakami. Cały rok zawsze spędzali razem. Nie licząc wyjazdów
służbowych, byli nierozłączni. Mieli podobne zainteresowania, przebywali w tym
samym środowisku pracy. Co prawda nie pracowali już w jednej firmie, bo Jacek
zdążył zmienić etat w sądzie na pracę w zespole prawników jednej z korporacji,
ale nadal była to ta sama branża. Na początku Natalia tolerowała te stare
przyzwyczajenia, mając nadzieję, że kiedy ich małżeństwo okrzepnie, kiedy
pojawią się dzieci, Jacek po prostu nie znajdzie czasu na kolejny wyjazd.
Myliła
się. Cokolwiek by się działo, pierwszy weekend lipca Jacek spędzał w
Bieszczadach. Był mistrzem planowania. Nawet w najcięższym okresie potrafił tak
ustawić pracę i obowiązki w domu, żeby wyrwać się na dwa dni. Nie zmieniły tego
mijające lata ani rosnące dzieci. Zmienił się tylko powód wyjazdów. Jacek nie
szukał już wspomnień związanych z Iloną. Zawsze uważał ją za kogoś ważnego w
swoim życiu, kto odcisnął piętno na tym, kim się stał. Była jednak elementem
przeszłości. Głównym aktorem wątku, który dawno się już zakończył. Obecnie
jedynym powodem wyjazdów w Bieszczady pozostało wspomnienie przyjaźni z Emilem.
Ostatecznie
Natalia pogodziła się z tym, że mąż „należy” do niej przez trzysta
sześćdziesiąt trzy dni w roku. Rozumiała, że musi mu dać trochę wolności i nie
pytać dlaczego. Zresztą Jacek nie potrafił jej wyjaśnić powodów i sensu tych
samotnych wyjazdów. Na początku próbował, ale tłumaczenie było dla Natalii tak
abstrakcyjne, że tylko westchnął i stwierdził: „Widać to taka męska potrzeba”.
–
Dzisiaj na Okrąglik się pan wybiera? – Słowa kelnerki wyrwały go z zamyślenia.
–
Tak, na Okrąglik – potwierdził.
Spojrzał
na dziewczynę brązowymi oczami zza gustownych oprawek
okularów, które dodawały mu uroku.
–
Proszę sprawdzić pogodę, bo zapowiadali możliwe załamanie po południu – dodała,
uśmiechając się do niego, po czym spuściła wzrok, a jej policzki lekko się
zaróżowiły.
–
Zaraz sprawdzę – podziękował i wyciągnął smartfona, żeby sprawdzić w Internecie
prognozę pogody. „Pamiętam czasy, kiedy zasięg łapało się tylko na szczytach” –
szepnął do siebie. „Teraz mógłbym tu prowadzić wideobloga i to w czasie
rzeczywistym… a kto wie, może i w jakości HD? Wszystko się zmienia, tylko ja
mimo upływu lat cały czas jestem w tym samym miejscu, o tej samej porze”.
Kelnerka
miała rację, prognoza nie była zbyt obiecująca. Istniało duże
prawdopodobieństwo, że deszcz nie ominie go na szlaku. Mimo to postanowił nie
zmieniać planów. Jutro wraca do Warszawy. Chciał do końca wykorzystać czas z
samym sobą.
Skończył śniadanie, sprawdził plecak, mocniej zasznurował wędrowne
buty usztywniające kostkę i wyszedł z gospody. W
drzwiach uderzyło go chłodne i wilgotne powietrze poranka. „Czuć wodę w
powietrzu” – zawyrokował. Nadal jednak nie zamierzał zmieniać planów. Jeszcze
raz wygrzebał telefon z kieszeni bojówek, by włączyć opcję tworzenia trasy w
GPS-ie, i ruszył ze Strzebowisk w kierunku wsi Smerek. Tam zamierzał wejść na
czerwony szlak. Na drodze nie było dużego ruchu, dopiero po dwóch kilometrach
zatrzymał się samochód, którego kierowca zaproponował podwiezienie. Jacek
przystał chętnie na propozycję. Lubił marsze, ale zdecydowanie bardziej po
górach niż wzdłuż asfaltowej szosy.
Dzięki
podwózce znalazł się na szlaku szybciej, niż przypuszczał. Prawdopodobnie
prognoza pogody odstraszyła wielu amatorów gór. „Powrót do przeszłości” –
pomyślał. Cieszyła go perspektywa pustego szlaku. Przez lata co roku wspinał
się tędy na Okrąglik i widział, jak rosła liczba turystów. W ostatnim czasie
zastanawiał się nawet, czy nie zmienić trasy swojej marszruty na dzikszą, bo
szlak bardziej przypominał mu korytarz w biurowcu Rondo 1 w warszawskim
centrum, gdzie pracował, niż miejsce wytchnienia i odpoczynku od zgiełku cywilizacji.
Tym razem jednak było spokojnie i pusto, co nasunęło mu wspomnienia z jego
pierwszego pobytu z Emilem i Piotrkiem.
Początkowo
szlak biegł bieszczadzkimi łąkami, a nachylenie terenu nie wymagało większego
wysiłku. Dopiero później ścieżka niknęła w lesie, gdzie na turystów czekała
dróżka biegnąca ostro w górę w kierunku Fereczaty. Już po przejściu kilkuset metrów
Jacek zaczął odczuwać skutki roku spędzonego za biurkiem. Wokół widać było
dzikość przyrody, której nawet wakacyjno-weekendowy najazd turystów nie był w
stanie zniszczyć. Mimo wszystko to nie były Tatry. Póki ścieżka biegła w lesie,
co i raz trafiały się powalone konary lub całe pnie, na których wędrowiec robił
sobie przerwy. Dziś las był jeszcze bardziej dziki i tajemniczy. Nawet w
pogodne dni niewiele promieni słonecznych docierało do ściółki, a teraz, gdy
niebo zasnuły chmury, w lesie było ciemno i niezbyt przyjemnie. Czterdzieści minut
marszu zrobiło swoje. Przyjemne zmęczenie było coraz większe. Las kończył się
dopiero przed szczytem, przez co widok na okolicę jeszcze bardziej zapierał dech
w piersiach.
Mijały
godziny obcowania z bieszczadzką przyrodą. Jacek się nie spieszył. Często przystawał,
rozglądał wokół, zaciągał się zapachem lasu i traw na połoninach. Słuchał szumu
liści muskanych podmuchami wiatru. Starał się zapamiętać zmysłami jak najwięcej,
również dlatego, że na te wyjazdy nigdy nie brał aparatu fotograficznego.
Wszystko, co oglądał, słyszał, czuł, musiało zostać zapamiętane.
Pierwszy
grzmot nadciągającej burzy złapał go na polanie. Stąd było już niedaleko do
Okrąglika. Jacek siedział na kamieniu i jadł posiłek. Granatowe, ciężkie chmury
cały czas złowieszczo wisiały na niebie i mimo że słychać było dalekie pomruki
grzmotów, to do tej pory nie spadła nawet kropla deszczu.
Zajęty
rozpakowywaniem kanapek nie zwrócił uwagi, że wiatr nagle ucichł, a na niebie
pojawił się dodatkowo czarny pas wypiętrzonych chmur zwiastujących nawałnicę. Błysk
i grzmot przecięły powietrze prawie jednocześnie, co nie pozostawiało
wątpliwości, że burza jest tuż obok. Nie było na co czekać. Jacek szybko zebrał
swoje rzeczy, zasunął zamek i wciągnął kaptur kurtki przeciwdeszczowej. Od
zachodu zbliżała się ściana opadów, która pochłaniała coraz bliższe granie.
Piechur rzucił jeszcze okiem na mapę, zanim schował wszystko do plecaka i
postanowił ruszyć ścieżką w kierunku nadciągającej ulewy.
Jacek miał nadzieję,
że zalesiony grzbiet, którym ciągnął się dalej szlak, uchroni go przed
piorunami. Gdy do niego dobiegał, poślizgnął się na błotnistej ścieżce i
wyłożył jak długi. Już miał się podnieść, kiedy w trawie obok ścieżki, parę
centymetrów od prawej dłoni, zobaczył zegarek w szarosrebrnej kopercie. Złapał znalezisko
i dobiegł ostatnie metry, chroniąc się pod koronami drzew. Był bezpieczny.
Siedząc
pod drzewem, obejrzał przedmiot – masywny męski zegarek na bransolecie. Koperta
albo była wykonana z platyny, albo producent zadał sobie dużo trudu, aby tak
wyglądała. Zdecydowanie był to czasomierz z najwyższej półki. Mimo porzucenia w
trawie działał bez zarzutu. Na cyferblacie rzucało się w oczy nienaturalnie
duże okienko datownika.
Przez chwilę Jackowi wydawało się, że ktoś go
obserwuje. Mógłby przysiąc, że między drzewami widział cień postaci, ale kiedy
spojrzał w tamtym kierunku, dostrzegł tylko bezkształtny obłok pary.
„Aż dziwne,
że ktoś wybiera się z takim zegarkiem w góry” – wrócił myślami do znaleziska. –
„Szkoda go niszczyć na szlaku, gdzie wiele rzeczy może się zdarzyć. Póki co
włożę go do kieszeni, a na kwaterze zastanowię się, co z nim dalej robić. Oddać
go nie ma komu. Zresztą nie wiadomo, ile już tu leżał”.
Burza
przeszła po trzech kwadransach. Przemoczone buty, mokre spodnie i umorusane
wywrotką ubrania sprawiły, że nie warto było kontynuować wspinaczki. Mimo żalu
Jacek zawrócił drogą, którą tu dotarł, żeby jak najszybciej znaleźć się w
wynajmowanym pokoju i wysuszyć ubranie. Całe szczęście kurtka świetnie spełniła
swoje zadanie i od pasa w górę było mu ciepło i sucho. Wyciągnął ponownie
znaleziony zegarek i przełożył go do wewnętrznej kieszeni. Lepiej go
zabezpieczyć przed uszkodzeniem. Kto wie, co się jeszcze przytrafi na mokrym,
śliskim szlaku…
Na
kwaterę dotarł późnym wieczorem. Spakował plecak, przygotował ubranie na
kolejny dzień i padł na łóżko ze zmęczenia. Zupełnie zapomniał o zegarku.
Następnego dnia rano wracał do cywilizacji, do domu, do teraźniejszości.
***