Rozdział I - Rytuał cz.1

Z obojętnym wyrazem twarzy Jacek dłubał widelcem w talerzu z jajecznicą. Obok niego, na stole przykrytym wyblakłą ceratą, stał lekko obity na rancie kubek gorącej herbaty. „Nic się nie zmienia” – pomyślał mężczyzna. „Nadal próżno szukać kawałka kiełbasy w »jajecznicy z kiełbasą«”. To było specyficzne rozczarowanie. Od ponad dziesięciu lat podczas letnich pobytów jadał tu śniadania i zawsze brał jajecznicę. Zawsze wersję z kiełbasą. Za każdym razem pośród ściętych jajek znajdował tylko kilka kawałków czegoś, co wyglądało jak mięso. Nigdy jednak nie wspomniał obsłudze o swoim rozczarowaniu daniem. To był swego rodzaju rytuał, który trwał już prawie jedną trzecią jego życia. 
Takich rytuałów Jacka było więcej. Wszystkie narodziły się w podobnym okresie jego życia, nawet ten coroczny weekend w Bieszczadach. Najbliższa rodzina przyzwyczaiła się do większości z nich. Dla wszystkich było oczywiste, że z początkiem lata Jacek zostawi w domu żonę i dwoje dzieci, spakuje niewielki plecak i wsiądzie w piątkowy, wieczorny pociąg pospieszny z Warszawy do Zagórza. Stamtąd wyruszy busem w okolice Cisnej lub Wetliny, skąd będzie samotnie przemierzał okoliczne szlaki. Pierwszy raz w tych rejonach był ponad piętnaście lat temu, kiedy spędzał wakacje z Piotrkiem i Emilem, jeszcze w czasach licealnych. 
Miał wtedy osiemnaście lat i był najmłodszy z całej trójki. Razem z Piotrkiem chodzili do liceum. Właśnie dostali promocję do klasy maturalnej. Emil był o rok starszy i rozpoczynał studia. Jacek, za sprawą Piotrka, spotkał go wcześniej zaledwie kilka razy. Dwa tygodnie spędzone pod namiotami, wspólne wędrówki po górach, wieczory przy ognisku pozwoliły mu poznać Emila, jego zachowanie, zainteresowania, gust, a przede wszystkim spojrzenie na świat. 
Zarówno Emil, jak i Jacek mieli silne charaktery, przez co niejeden temat dyskusji kończył się żywiołową wymianą opinii. Każdy chciał przekonać oponenta do swoich racji. W takich momentach języczkiem u wagi była zwykle opinia Piotrka, która stawała się moralnym dowodem zwycięstwa jednego z adwersarzy. Piotrek natomiast próbował w ten sposób łagodzić ton dyskusji swoich kolegów. Gdy temperatura zbytnio wzrastała, celną, dowcipną szpilą zbijał z piedestału chwilowego zwycięzcę, wprowadzając znów status quo między przyjaciółmi. 
Gdy wrócili do Warszawy, zarówno Jacek, jak i Emil wiedzieli, że ich znajomość ma bardzo duże szanse przerodzić się w koleżeństwo albo nawet w coś większego – w przyjaźń. 
W ciągu kolejnego roku ich relacje stały się bardziej zażyłe. W codziennym życiu zawiązywała się coraz mocniejsza nić zrozumienia i empatii. Aż w końcu Jacka, Piotrka i Emila połączyła prawdziwa przyjaźń. Nie byli to może książkowi trzej muszkieterowie, bo i stojące przed nimi wyzwania nie były z kanonu „płaszcza i szpady”, ale tworzyli naprawdę zgraną paczkę. 
Taka sytuacja trwała przez rok. Późniejsze wydarzenia sprawiły, że ten trójkąt nabrał pewnych asymetrii. Linie życia Jacka i Emila splotły się ściśle na kanwie trzyletnich wydarzeń, które miały początek w lipcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. Wtedy to poznali dwie licealistki, Ilonę i Sandrę, które wywróciły ich światy do góry nogami. 
Potem przyszedł w życiu Jacka czas kryzysów. Jednego po drugim. Z jego życia zniknął Emil, potem stracił Ilonę. Został na kolejne dwa lata sam. To wtedy narodził się rytuał wyjazdów w Bieszczady. Jacek wracał w to miejsce związane ze wspomnieniami zarówno z Emilem, jak i ukochaną, żeby poczuć ducha przeszłości. Tutaj koił ból po utraconej przyjaźni, za którą tęsknił mimo upływu lat. W tym miejscu na początku swoich wypraw łapał okruchy wspomnień o wspaniałej blondynce, która zdobyła jego serce. 
Wiedział, że nie ma szansy na odtworzenie więzi z żadnym z tej dwójki. Czas jednak płynął. O ile pustki po Emilu nikt nie zapełnił, o tyle miejsce Ilony zajęła nowa kobieta, którą Jacek mocno pokochał. Miała na imię Natalia i udało jej się obudzić uczucia, o których zdążył zapomnieć i których – jak sądził – nie miał prawa doświadczyć po rozstaniu z Iloną. 
Poznali się banalnie, jak wiele współczesnych par. Jednak ich związek nie był banalny, w pewnym sensie był idealny. Natalia jawiła się w oczach Jacka jako wspaniała, ufna, kochająca kobieta, troskliwa i wyrozumiała dla męskich potrzeb i zachowań. „Spotkaliśmy się w pół drogi” – mówiła i nie miała na myśli rzeczywistych wydarzeń. Akceptowała różnice między mentalnością płci, nie stawiając żadnej ponad drugą. W pewnym sensie zgadzała się z teorią, że kobiety i mężczyźni są tak różni, że one muszą być z Wenus, a oni z Marsa, i spotykają się w połowie drogi, na Ziemi. 
Jacek odwzajemniał się jej szczerym i głębokim uczuciem. Czuła się jedyną królową jego serca. Na co dzień szarmancki, czuły i opiekuńczy, dawał jej to, czego najbardziej oczekiwała od mężczyzny swoich marzeń: miłości, opieki i bezpieczeństwa. 
Była najstarszą z trójki rodzeństwa i to jej po śmierci taty przypadła rola opiekunki nad młodszymi braćmi. To doświadczenie nauczyło ją być twardą wobec otaczającego świata. Próbowała dorównać pod tym względem mamie, która po śmierci męża ani razu nie okazała przed dziećmi słabości. Dla Natalii nie było to jednak proste. Nie była na tyle silna, żeby iść przez życie, stawiając czoła jego przeciwnościom, zupełnie sama. 
Potrzebowała partnera, którym nie będzie musiała się opiekować. Wystarczyło jej niańczenie braci, gdy była nastolatką. W dorosłym życiu czekała na mężczyznę, który będzie szedł z nią ramię w ramię, ale w pewnych momentach ochroni ją przed światem. Przytuli, obetrze łzy, da wytchnienie, gdy ona nie będzie w stanie zmagać się z problemami codzienności. I taki był Jacek. 
Największym wyzwaniem dla Natalii, szczególnie na początku, było zaakceptowanie Jackowych rytuałów. Kobieca intuicja podpowiadała jej, że są jak góra lodowa. To, co było widoczne, stanowiło tylko niewielki procent tego, co skrywały odmęty oceanu, jakim była dusza Jacka. Dziesięć lat wspólnego życia nie wystarczyło Natalii, żeby poznać wszystkie zakamarki duszy swojego mężczyzny. Uczuciowo Jacek był bardzo skrytą osobą. Również przed żoną. Niechętnie mówił o przeszłości. Kiedy rodził się ich związek, nie wierzył, że możliwe jest spotkanie kobiety, która wypełni wyrwę w sercu, jaką zostawiła po sobie Ilona. Nie chciał mówić o tej bolesnej dla niego przeszłości. Natalia nie naciskała, widząc, że opowiadanie o przeszłości przychodzi mu z trudem i przywołuje smutne wspomnienia. Z biegiem czasu ich związek dojrzewał i serce Jacka coraz bardziej wypełniała nowa miłość. Nie sprawiło to, że łatwiej było mu się otworzyć i opowiedzieć o historii związku z Iloną. Obawiał się, że Natalia będzie o tę przeszłość bardzo zazdrosna. Nie chciał, żeby jego żona wiedziała, że nie jest pierwszą, którą tak mocno pokochał, bo to mogłoby umniejszyć wyjątkowość ich uczucia w jej oczach. Zwłaszcza że dla niej był tym pierwszym i jedynym. Może Jacek mylił się w tych przeczuciach co do Natalii, ale póki co nie chciał i nie musiał tego weryfikować. 
Mijające lata i wzrastająca temperatura uczuć związku odsunęła w cień ciekawość dotyczącą przeszłości Jacka. On sam nie dawał Natalii żadnych powodów, które mogłyby podważyć szczerość uczuć. Dopiero w takich momentach jak ten – kiedy wyjeżdżał sam – jakiś nieokreślony, intuicyjny szept budził w Natalii strach, że w którymś z niesprawdzonych zakamarków duszy czai się hydra, która może zagrozić ich szczęściu. 
W takich momentach, gdy nieznana przeszłość wpływała na ich teraźniejszość, żonie wcale nie podobało się, że mąż jeździł w góry sam. Jednak w tej sprawie Jacek był nieugięty. Natalia nie mogła zrozumieć, dlaczego nie mogą jeździć razem. Ona też bardzo lubiła chodzić górskimi szlakami. Cały rok zawsze spędzali razem. Nie licząc wyjazdów służbowych, byli nierozłączni. Mieli podobne zainteresowania, przebywali w tym samym środowisku pracy. Co prawda nie pracowali już w jednej firmie, bo Jacek zdążył zmienić etat w sądzie na pracę w zespole prawników jednej z korporacji, ale nadal była to ta sama branża. Na początku Natalia tolerowała te stare przyzwyczajenia, mając nadzieję, że kiedy ich małżeństwo okrzepnie, kiedy pojawią się dzieci, Jacek po prostu nie znajdzie czasu na kolejny wyjazd. 
Myliła się. Cokolwiek by się działo, pierwszy weekend lipca Jacek spędzał w Bieszczadach. Był mistrzem planowania. Nawet w najcięższym okresie potrafił tak ustawić pracę i obowiązki w domu, żeby wyrwać się na dwa dni. Nie zmieniły tego mijające lata ani rosnące dzieci. Zmienił się tylko powód wyjazdów. Jacek nie szukał już wspomnień związanych z Iloną. Zawsze uważał ją za kogoś ważnego w swoim życiu, kto odcisnął piętno na tym, kim się stał. Była jednak elementem przeszłości. Głównym aktorem wątku, który dawno się już zakończył. Obecnie jedynym powodem wyjazdów w Bieszczady pozostało wspomnienie przyjaźni z Emilem.
Ostatecznie Natalia pogodziła się z tym, że mąż „należy” do niej przez trzysta sześćdziesiąt trzy dni w roku. Rozumiała, że musi mu dać trochę wolności i nie pytać dlaczego. Zresztą Jacek nie potrafił jej wyjaśnić powodów i sensu tych samotnych wyjazdów. Na początku próbował, ale tłumaczenie było dla Natalii tak abstrakcyjne, że tylko westchnął i stwierdził: „Widać to taka męska potrzeba”.
– Dzisiaj na Okrąglik się pan wybiera? – Słowa kelnerki wyrwały go z zamyślenia.
– Tak, na Okrąglik – potwierdził.
Spojrzał na dziewczynę brązowymi oczami zza gustownych oprawek okularów, które dodawały mu uroku.
– Proszę sprawdzić pogodę, bo zapowiadali możliwe załamanie po południu – dodała, uśmiechając się do niego, po czym spuściła wzrok, a jej policzki lekko się zaróżowiły.
– Zaraz sprawdzę – podziękował i wyciągnął smartfona, żeby sprawdzić w Internecie prognozę pogody. „Pamiętam czasy, kiedy zasięg łapało się tylko na szczytach” – szepnął do siebie. „Teraz mógłbym tu prowadzić wideobloga i to w czasie rzeczywistym… a kto wie, może i w jakości HD? Wszystko się zmienia, tylko ja mimo upływu lat cały czas jestem w tym samym miejscu, o tej samej porze”.
Kelnerka miała rację, prognoza nie była zbyt obiecująca. Istniało duże prawdopodobieństwo, że deszcz nie ominie go na szlaku. Mimo to postanowił nie zmieniać planów. Jutro wraca do Warszawy. Chciał do końca wykorzystać czas z samym sobą. 
Skończył śniadanie, sprawdził plecak, mocniej zasznurował wędrowne buty usztywniające kostkę i wyszedł z gospody. W drzwiach uderzyło go chłodne i wilgotne powietrze poranka. „Czuć wodę w powietrzu” – zawyrokował. Nadal jednak nie zamierzał zmieniać planów. Jeszcze raz wygrzebał telefon z kieszeni bojówek, by włączyć opcję tworzenia trasy w GPS-ie, i ruszył ze Strzebowisk w kierunku wsi Smerek. Tam zamierzał wejść na czerwony szlak. Na drodze nie było dużego ruchu, dopiero po dwóch kilometrach zatrzymał się samochód, którego kierowca zaproponował podwiezienie. Jacek przystał chętnie na propozycję. Lubił marsze, ale zdecydowanie bardziej po górach niż wzdłuż asfaltowej szosy.
Dzięki podwózce znalazł się na szlaku szybciej, niż przypuszczał. Prawdopodobnie prognoza pogody odstraszyła wielu amatorów gór. „Powrót do przeszłości” – pomyślał. Cieszyła go perspektywa pustego szlaku. Przez lata co roku wspinał się tędy na Okrąglik i widział, jak rosła liczba turystów. W ostatnim czasie zastanawiał się nawet, czy nie zmienić trasy swojej marszruty na dzikszą, bo szlak bardziej przypominał mu korytarz w biurowcu Rondo 1 w warszawskim centrum, gdzie pracował, niż miejsce wytchnienia i odpoczynku od zgiełku cywilizacji. Tym razem jednak było spokojnie i pusto, co nasunęło mu wspomnienia z jego pierwszego pobytu z Emilem i Piotrkiem.
Początkowo szlak biegł bieszczadzkimi łąkami, a nachylenie terenu nie wymagało większego wysiłku. Dopiero później ścieżka niknęła w lesie, gdzie na turystów czekała dróżka biegnąca ostro w górę w kierunku Fereczaty. Już po przejściu kilkuset metrów Jacek zaczął odczuwać skutki roku spędzonego za biurkiem. Wokół widać było dzikość przyrody, której nawet wakacyjno-weekendowy najazd turystów nie był w stanie zniszczyć. Mimo wszystko to nie były Tatry. Póki ścieżka biegła w lesie, co i raz trafiały się powalone konary lub całe pnie, na których wędrowiec robił sobie przerwy. Dziś las był jeszcze bardziej dziki i tajemniczy. Nawet w pogodne dni niewiele promieni słonecznych docierało do ściółki, a teraz, gdy niebo zasnuły chmury, w lesie było ciemno i niezbyt przyjemnie. Czterdzieści minut marszu zrobiło swoje. Przyjemne zmęczenie było coraz większe. Las kończył się dopiero przed szczytem, przez co widok na okolicę jeszcze bardziej zapierał dech w piersiach.
Mijały godziny obcowania z bieszczadzką przyrodą. Jacek się nie spieszył. Często przystawał, rozglądał wokół, zaciągał się zapachem lasu i traw na połoninach. Słuchał szumu liści muskanych podmuchami wiatru. Starał się zapamiętać zmysłami jak najwięcej, również dlatego, że na te wyjazdy nigdy nie brał aparatu fotograficznego. Wszystko, co oglądał, słyszał, czuł, musiało zostać zapamiętane. 
Pierwszy grzmot nadciągającej burzy złapał go na polanie. Stąd było już niedaleko do Okrąglika. Jacek siedział na kamieniu i jadł posiłek. Granatowe, ciężkie chmury cały czas złowieszczo wisiały na niebie i mimo że słychać było dalekie pomruki grzmotów, to do tej pory nie spadła nawet kropla deszczu.
Zajęty rozpakowywaniem kanapek nie zwrócił uwagi, że wiatr nagle ucichł, a na niebie pojawił się dodatkowo czarny pas wypiętrzonych chmur zwiastujących nawałnicę. Błysk i grzmot przecięły powietrze prawie jednocześnie, co nie pozostawiało wątpliwości, że burza jest tuż obok. Nie było na co czekać. Jacek szybko zebrał swoje rzeczy, zasunął zamek i wciągnął kaptur kurtki przeciwdeszczowej. Od zachodu zbliżała się ściana opadów, która pochłaniała coraz bliższe granie. Piechur rzucił jeszcze okiem na mapę, zanim schował wszystko do plecaka i postanowił ruszyć ścieżką w kierunku nadciągającej ulewy. 
Jacek miał nadzieję, że zalesiony grzbiet, którym ciągnął się dalej szlak, uchroni go przed piorunami. Gdy do niego dobiegał, poślizgnął się na błotnistej ścieżce i wyłożył jak długi. Już miał się podnieść, kiedy w trawie obok ścieżki, parę centymetrów od prawej dłoni, zobaczył zegarek w szarosrebrnej kopercie. Złapał znalezisko i dobiegł ostatnie metry, chroniąc się pod koronami drzew. Był bezpieczny.
Siedząc pod drzewem, obejrzał przedmiot – masywny męski zegarek na bransolecie. Koperta albo była wykonana z platyny, albo producent zadał sobie dużo trudu, aby tak wyglądała. Zdecydowanie był to czasomierz z najwyższej półki. Mimo porzucenia w trawie działał bez zarzutu. Na cyferblacie rzucało się w oczy nienaturalnie duże okienko datownika. 
Przez chwilę Jackowi wydawało się, że ktoś go obserwuje. Mógłby przysiąc, że między drzewami widział cień postaci, ale kiedy spojrzał w tamtym kierunku, dostrzegł tylko bezkształtny obłok pary.
„Aż dziwne, że ktoś wybiera się z takim zegarkiem w góry” – wrócił myślami do znaleziska. – „Szkoda go niszczyć na szlaku, gdzie wiele rzeczy może się zdarzyć. Póki co włożę go do kieszeni, a na kwaterze zastanowię się, co z nim dalej robić. Oddać go nie ma komu. Zresztą nie wiadomo, ile już tu leżał”.
Burza przeszła po trzech kwadransach. Przemoczone buty, mokre spodnie i umorusane wywrotką ubrania sprawiły, że nie warto było kontynuować wspinaczki. Mimo żalu Jacek zawrócił drogą, którą tu dotarł, żeby jak najszybciej znaleźć się w wynajmowanym pokoju i wysuszyć ubranie. Całe szczęście kurtka świetnie spełniła swoje zadanie i od pasa w górę było mu ciepło i sucho. Wyciągnął ponownie znaleziony zegarek i przełożył go do wewnętrznej kieszeni. Lepiej go zabezpieczyć przed uszkodzeniem. Kto wie, co się jeszcze przytrafi na mokrym, śliskim szlaku…

Na kwaterę dotarł późnym wieczorem. Spakował plecak, przygotował ubranie na kolejny dzień i padł na łóżko ze zmęczenia. Zupełnie zapomniał o zegarku. Następnego dnia rano wracał do cywilizacji, do domu, do teraźniejszości.

***